|
|
niedziela, 31 maja 2009
Apokalipsa, czyli nikt nie spodziewał się wysokiego Szweda
To, co dziś stało się na korcie centralnym Philippa Chatrier w Paryżu było co najmniej tak mało prawdopodobne jak trafienie szóstki w Dużym Lotku albo nadejście końca świata. To, że numer jeden światowego tenisa przegrywa w turnieju Wielkiego Szlema zaskoczeniem jest zawsze, ale tego rodzaju sensacje są nieodłącznym elementem tenisowego krajobrazu. Kiedy przez dwa tygodnie rozgrywa się mecze co dwa dni trudno nie mieć kryzysu. Gdy Rafael Nadal przegrał w półfinale zeszłorocznego US Open z Andym Murrayem wszyscy wiedzieli, że Szkot zagrał genialny mecz, unicestwił przeciwnika swoją grą. Kiedy przegrał w Australian Open w tym samym roku z Jo-Wilfriedem Tsongą było ogólnie wiadome, że nierozstawiony Francuz rozgrywał fenomenalny turniej.
Hiszpan w całej historii swoich występów na Roland Garros nie przegrał żadnego meczu, oddając rywalom siedem setów, w zeszłym roku pokonując przeciwników we wszystkich pojedynkach w trzech setach; w finale Rogerowi Federerowi oddał cztery gemy. Nadal na kortach ziemnych przegrał w swojej karierze tylko piętnaście meczów, wygrał sto siedemdziesiąt sześć. Jeśli więc nawet ktoś z uporem maniaka podważa dominację Rafaela w tenisie, przywołując epickie pojedynki ze Szwajcarem, doprawdy nie ma argumentów, aby podważać dominację Hiszpana na mączce.
Ten rodzaj kortów pasuje do Nadala jeszcze lepiej niż trawa pasowała do Pete'a Samprasa z jego ulubioną taktyką serwis–wolej. Hiszpana od zawsze charakteryzowały dwie rzeczy: niesamowita szybkość na korcie i zabójczy, zwłaszcza forehandowy topspin. Obie te cechy na kortach ceglanych przybierają na sile. Każdy znawca tenisa wie, że na mączce gra toczy się dużo wolniej, a do piłek łatwiej dobiega się dzięki sypkości, a przez to śliskości nawierzchni. Kiedy mówimy o Rafaelu Nadalu, najlepszym zawodniku świata, a przede wszystkim najlepszym defensywnym zawodniku świata, te dwie cechy pozwalają mu odbijać piłki na drugą stronę z jeszcze większą dokładnością, bo ma na uderzenie po prostu więcej czasu. Dodatkowo, te posyłane odbicia dzięki charakterystycznemu dla Nadala topspinowi są jeszcze bardziej kąśliwe: piłka odbija się na mączce wyżej niż na korcie twardym. Jeżeli więc nikt poza Federerem i Murrayem (i Tsongą, ale potraktujmy to jako jednostkowy „wybryk”) nie wygrywał z Nadalem na innych wielkoszlemowych turniejach, to co dopiero na Roland Garros.
Robina Söderlinga, w tej chwili dwudziestej piątej rakiety świata, nikt nie podejrzewał o pokonanie najlepszego za Björnem Borgiem gracza ziemnego w historii. Wydawało się, że Nadala, jeśli już, mogą pokonać wyłącznie wyżej już wymienieni. Wysoki Szwed do tej pory nie miał wielu spektakularnych sukcesów na mączce. Kiedy wyszli na kort najpierw ze zdumienia otworzyły mi się oczy, potem usta, a w pewnym momencie przestałam wierzyć w to, co widzę. Ta dwudziesta piąta rakieta była wyraźnie lepsza dzięki solidnemu, mocnemu serwisowi, niesamowitemu i niesamowicie silnemu forehandowi i głębokości uderzeń. Przede wszystkim Söderling pokonał Nadala, bo poza tie-breakiem seta drugiego nie miał słabszego momentu. Pod koniec tegoż seta pomyślałam sobie, że to już koniec harców, że Nadal pozamiata rywala i wygra 3-1. Ale dzielny Szwed nie spuszczał z tonu, walczył niezmordowanie i konsekwentnie. Szwed zagrał solidnie także taktycznie. Do siatki chodził tylko wtedy, kiedy wiedział, że skończy punkt sukcesem, czego obrazem może być wysoka, prawie 80% skuteczność wypadów. Rafa zawsze miał tę cechę, że potrafił zaatakować, gdy widział słabość zawodnika, nawet chwilowo. Kopanie leżącego, w takim przewrotnie pozytywnym sportowym sensie, było jego specjalnością. Tym razem okazji nie było.
Rafael na pomeczowej konferencji prasowej przyznał, że nie zagrał w swoim najlepszym stylu, podkreślając wielokrotnie, że posyłał piłki zbyt krótko. Trudno byłoby mi wygłosić teorię, że Nadal nie chciał wygrać tego meczu, nie uważam także, że Hiszpan, z jego sercem do walki i z jego umiejętnościami, potrafi zagrać słabiej na tyle, żeby przegrać ze swojej winy z zawodnikiem spoza pierwszej dwudziestki. Wiemy na pewno, że Robin Söderling zagrał mecz życia. Dlatego ja zaryzykuję teorię, że to gra wysokiego Szweda zmusiła Nadala do grania piłek krótkich i popełniania tylu błędów. Zresztą, przy sześćdziesięciu jeden uderzeniach kończących Söderlinga do przegrania tego meczu mogło się przyczynić wyłącznie pięćdziesiąt dziewięć niewymuszonych błędów. Takie statystyki może mieć tylko zawodnik, który grał na sto procent i przez cały czas na granicy ryzyka.
Karty zostały odkryte i nikt już ich nie rozdaje. Świetny turniej rozgrywają Murray, Tsonga i Gonzalez. Pytanie brzmi, czy Roger Federer, pozbawiony swojego największego ceglanego koszmaru jest w stanie się z nimi uporać i czy wysoki Szwed znalazł receptę na zwycięstwo w Roland Garros, czy „jedynie” zwycięstwo nad Rafaelem Nadalem?

niedziela, 01 lutego 2009
Prawdziwe łzy prawdziwego mistrza
Od dawna wiadome jest, że nie sztuką kibicować zawodnikom, którzy wygrywają wszystko, liderują nieprzerwanie we wszystkich rankingach, zdobywają trofea na kolejnych arenach. Sztuką jest pozostać z nimi, gdy nie dają sobie rady z presją, gdy zaczynają być zbyt słabi, by wygrywać bezkonkurencyjnie i z łatwością. Swego czasu zauważyłam, że nie jestem w stanie lubić zawodnika, który w sposób niekwestionowalny dominuje, chyba że polubiłam go zanim te sukcesy zaczął odnosić. Dzisiaj tę zasadę musiałam złamać.
Finał Australian Open, tak zresztą jak i cały turniej, był pełen emocji, niespodziewanych zwrotów, pięknych piłek ale i prostych błędów po obu stronach. Ale był to mecz godny finału tej imprezy, mecz, wynagradzający kibicom zarwane noce. Zresztą, trudno było się spodziewać jednostronnego pojedynku, skoro w tym finale spotkali się Roger Federer i Rafael Nadal. Ale nikt nie spodziewał się, że po pięciosetowej epickiej batalii ze swoim rodakiem — Fernando Verdasco, Hiszpan będzie w stanie biegać do każdej piłki i odgrywać ją z ogromną precyzją. No i wytrzymać pięć setów morderczej walki.
Federer miał zdecydowanie lepszą pozycję w finale, bo z Andym Roddickiem rozegrał tylko trzy sety, po wyrównanej ale umiarkowanie męczącej walce, miał też jeden dzień więcej do odpoczynku i trzynaście zdobytych wielkoszlemowych tytułów. Kiedy wyszli na kort, widać było fragmentami, że Nadalowi brakuje sił i precyzji. Na pewno nie brakowało mu głodu zwycięstwa, serca do walki i, czego nigdy nie powiedziałabym o Nadalu sprzed dwóch lat trochę bezmyślnie odbijającemu piłki "byle na drugą stronę", pomysłu na grę. Z zaskoczeniem oglądałam jego perfekcyjną grę kątami i, wciąż jeszcze rzadkie, wypady do siatki. Ale mimo wszystko, po tym porywającym pojedynku nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że to nie Rafa wygrał ten mecz, ale przegrał go Roger Federer.
A przegrał go głównie w głowie, być może w pogoni za pobiciem rekordu Pete'a Samprasa w ilości zdobytych tytułów wielkoszlemowych, być może ze względu na "kompleks Nadala", o którym zaczęło mówić się głośno już po niesamowitym Wimbledońskim finale, kiedy Hiszpan pokonał swojego odwiecznego rywala na jego ulubionej nawierzchni. Ale te objawy słabości psychicznej Federera pojawiły się już wcześniej, zarówno w meczu z Tomasem Berdychem, w którym Szwajcar przegrywał 0-2 w setach, jak i w tiebreaku meczu z Andym Roddickiem, kiedy psuł najprostsze piłki przy przewagach Roddicka.
64 niewymuszone błędy to nie jest statystyka godna mistrza, który bez mrugnięcia okiem zdobywał przez wiele lat kolejne tytuły, nawet gdy bierzemy pod uwagę ilość rozegranych piłek (347). Co więcej, mówimy o meczu z Rafaelem Nadalem, kiedy trzeba być co najmniej perfekcyjnym, by w ogóle móc myśleć o wygraniu takiego pojedynku. Zresztą, mecz zakończył się ostatnim z tych niewymuszonych błędów, wyrzuceniem piłki w aut przez Federera. Ale nie to wszyscy zapamiętają z tego spotkania.
Kilkanaście dni temu pisałam, w kontekście Andy'ego Murraya, że Roger Federer stał się śmiertelnikiem, którego można pokonać. Dzisiaj chyba dotarło to do samego mistrza, kiedy w trakcie ceremonii popłakał się przed mikrofonem, nie mogąc powstrzymać swoich emocji. Nie do końca wierząc w to co widzę na ekranie telewizora, pomyślałam, że wygląda jak mały chłopiec, który nie zdołał pokonać swojego największego podwórkowego rywala i wie, że sam zawinił. Szwajcar wie, że nie jest już tym samym zawodnikiem, który wszystko z łatwością wygrywał. Wie, że pojawiły się na drodze przeszkody, głównie pod postacią Nadala. I moim zdaniem będzie naprawdę mistrzem wtedy, gdy tę przeszkodę pokona.
Moim wielkim idolem tenisowym zawsze był i będzie Pete Sampras. Przez wiele lat, gdy Federer dominował w męskim tenisie, był porównywany do Amerykanina, nazywany wręcz przez media jego następcą. Ja tego następcy w nim nie widziałam, być może dlatego, że Sampras potrafił jak szalony po każdym serwisie biegać do siatki i w sposób zachwycający kończyć piłki. Czekałam więc na porażki i potknięcia Federera, nawet w kolejnych meczach tego Australian Open. Ale teraz, widząc jego łzy, które pokazały, że Szwajcar nie jest maszyną, widząc jego walkę na korcie z samym sobą, mogę z całą pewnością powiedzieć, że będę kibicować mu w drodze do kolejnych wielkoszlemowych tytułów. Nawet jeśli znowu zacznie je wszystkie zdobywać. 
wtorek, 27 stycznia 2009
Wszyscy jesteśmy Duńczykami, a Bóg jest Polakiem
Panowie! Jak wprowadzą... Jak wprowadzą siódmego zawodnika... Mają piętnaście sekund. Jak wprowadzą siódmego zawodnika mają piętnaście sekund. Przerywać. I mamy pustą bramkę. Tylko spokojnie. Mamy dużo czasu.
To już chyba zawsze będzie tak, że nasze reprezentacje (poza piłkarską) zaczynają odnosić spektakularne zwycięstwa wtedy, gdy wszyscy przestają wierzyć, a szanse na awans są tak małe, że sami zawodnicy powtarzają znane wszystkim stwierdzenia o "grze o honor". Więc gdy przychodzi im grać na luzie, pokazują pełnię swoich umiejętności (jeśli oczywiście i faktycznie je posiadają) i swobodnie wygrywają z największymi przeciwnikami. I tylko raz na wiele przypadków zdarza się tak, że oprócz umiejętności szczęście (nie szczęście pod postacią sędziów, własnego boiska, głupoty rywali) sprzyja naszym tak, że ten bardzo mało prawdopodobny awans następuje, a wszyscy, którzy wątpili muszą rzucić w siebie kamieniem.
Bo na Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej w Chorwacji mecze w pierwszej fazie chłopcy zagrali tak bardzo w kratkę i tak źle te ważne, jak się dopiero później okazało, pojedynki, nie umiejąc dobrze ustawiać się w obronie i zawodząc niejednokrotnie skutecznością, że gdy okazało się, że z grupy wychodzimy z zerowym dorobkiem punktów, tylko najwięksi optymiści mogli liczyć na awans. Bo nie dość, że my mieliśmy wygrać wszystkie mecze, co samo w sobie wydawało się mało prawdopodobne (w grupie czekały na nas silne drużyny Danii i Serbii), to wszyscy nasi rywale musieli zagrać "pod nas". Tylko najwięksi eksperci wiedzieli co musiałoby się stać, żeby Polacy weszli do półfinału.
Kiedy na przerwę w meczu z Danią nasi piłkarze schodzili z ośmiobramkową przewagą było jasne, że grają na luzie, było też jasne, że grać umieją. Fenomenalny mecz rozgrywali skrzydłowi, Sławek Szmal, Bartek Jurecki, wszyscy rozgrywali świetne spotkanie tak na dobrą sprawę. W drugiej połowie przestały funkcjonować pewne elementy obrony i zimnej głowy zwłaszcza, ale udało się. Także dzięki niezapomnianej bramce "Kasy". Wątpiącym wytrąciło to jednak tylko ten argument dotyczący umiejętności drużyny Wenty. I kiedy mecze rywali z grupy zaczęły układać się przychylnie, a mecz z Serbią Polacy zagrali jeszcze lepiej niż z Duńczykami było jasne, że wtorek będzie dniem pełnym emocji.
Był. Przez 57 minut meczu Dania-Niemcy był remis, czyli jedyny wynik, który pozbawiał nas szans na awans. I przez te trzy ostatnie minuty Duńczycy wyprowadzili dwa ataki, ustalając wynik na 27-25, mistrzowie świata na to odpowiedzi już nie mieli. Wtedy wszyscy byliśmy Duńczykami. No dobrze, ale gwoździem programu dnia był mecz z Norwegią. Kolejny mecz o wszystko, który Polakom dawał nieprawdopodobny awans do półfinału. A mecze o wszystko z Macedonią i Niemcami na tych mistrzostwach przegraliśmy w dość brzydkim stylu.
Pierwsza połowa potyczki toczyła się ząb za ząb i gol za gol. Wbrew oczekiwaniom mecz nie był tak brutalny jak spotkanie na zeszłorocznych Mistrzostwach Europy, chociaż początkowo mogło się wydawać inaczej. Polacy grali konsekwentnie w obronie, zawodziła trochę skuteczność, brakowało właśnie tego luzu. W drugiej połowie było gorzej, gra posypała się, gdy Norwegowie odskoczyli nam na dwie bramki przewagi. Na półtorej minuty przed końcem fantastyczna interwencja Szmala, gole Jurasika i Glińskiego dały nam wyrównanie.
A potem okazało się, że Bóg jest Polakiem, a Bogdan Wenta jest geniuszem. Zacytowane na początku słowa nasz trener wypowiedział na czternaście sekund przed końcem meczu, gdy to coach Norwegów wziął czas. Wypowiedział je tak, jak wypowiadał słowa na każdym time-outcie, możnaby więc przyjąć, że mówił je spokojnie (o ile Bogdan Wenta jest w ogóle spokojny). Ale musiał być pewien tego co mówi. Był chyba ostatnim Polakiem na ziemi, który wierzył w swoich. Ja się zresztą bardzo cieszę, że piłką ręczną Polacy interesują się umiarkowanie. Bo gdybyśmy interesowali się cokolwiek bardziej, po pierwszej fazie mistrzostw posypałyby się pseudoeksperckie opinie o beznadziejności trenera Wenty, o ile oczywiście sam szkoleniowiec nie zostałby zwolniony po igrzyskach w Pekinie.
I dobrze. Nie wyobrażam sobie co powiedziałby inny trener w tej sytuacji. Bo on przewidział to genialnie, no albo Bóg rzeczywiście jest Polakiem. Nie wiem, zresztą, to w tej chwili jest najmniej istotną rzeczą. W tym momencie Bogdana Wentę ustanowiłabym dożywotnim trenerem reprezentacji, a Artura Siódmiaka posypała złotem, żeby nie ograniczać jego ruchów przy następnej okazji.
Panowie! Półfinał z gospodarzami będzie ciężki, wszyscy o tym wiemy. Ale po tym, co nam zafundowaliście w ostatnich piętnastu sekundach już chyba nikt nie straci w Was wiary. I zczuba mają rację. To jest, a przynajmniej być powinna ulubiona reprezentacja Polski dla nas wszystkich. 
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Polska zimą stać zaczyna
Słuchając o wczorajszym sukcesie Justyny Kowalczyk na olimpijskiej trasie w Vancouver i oglądając Tomasza Sikorę, zdobywającego miejsce w pierwszej dziesiątce na znienawidzonej trasie w Ruhpolding zaczynam mieć wrażenie, że od dobrych kilku lat jesteśmy świadkami powolnej ewolucji w polskim sporcie, w wyniku której w sportach zimowych zaczniemy wreszcie odnosić większe sukcesy niż w sportach letnich.
Ewolucję tę zapoczątkował oczywiście Adam Małysz, którego sukcesy pokazały przeciętnemu zjadaczowi polskiego chleba, że sporty zimowe w ogóle istnieją. Oczywiście, ten sam zjadacz wiedział, że Wojciech Fortuna zdobył kiedyś złoty medal Zimowych Igrzysk Olimpijskich, po chwili przypominał sobie też, że to była nawet ta sama dyscyplina, no ale przecież kiedy to było? Zresztą, datę 1972 większość fanów sportu kojarzy bardziej ze zdobyciem złotego medalu olimpijskiego przez naszą znakomitą drużynę piłkarską.
To najlepiej pokazuje różnicę między medialnością sportów letnich i zimowych. A różnic jest wiele, powodują je przede wszysktim uwarunkowania geograficzne, bo wszyscy doskonale wiemy, że sportów zimowych wszędzie na świecie uprawiać się nie da, ze względu na różny klimat w różnych miejscach globu. Zresztą, duża część sportów letnich wymaga jedynie na początku prowizorycznych warunków i dużej siły woli, w dysyplinach zimowych potrzeba relatywnie drogiego sprzętu. Bez trudu można zauważyć także, że konkurencji letnich jest po prostu więcej. To wszystko rzutuje na mniejszą powszechność sportów zimowych, a co za tym idzie — mniejszy szum medialny.
Tego szumu medialnego bardzo brakuje polskim zawodnikom, którzy do niedawna narzekali, że nie ma pieniędzy na zgrupowania, profesjonalny sprzęt, a nawet wyjazdy na zawody. Symbolem tej sytuacji, abstrahując już od jakości wychowywania sportowców w Polsce w ogóle, może być historia małego Małysza, który pogubił w trakcie skoku za duże buty. Kiedy zaczął wygrywać — wreszcie coś się zmieniło, kibice zauważyli, że na śniegu można robić coś więcej, niż bić się na śnieżki. Potem zmieniły się władze związków: narciarskiego i biathlonowego, bo ktoś zauważył, że nie do końca wszystko funkcjonuje tam poprawnie i uczciwie. W końcu znaleźli się także sponsorzy indywidualni i związkowi.
Nastały lepsze czasy i nagle okazało się, że poza Małyszem mamy jeszcze dwa wielkie zimowe talenty: Tomasza Sikorę, w tej chwili wicelidera Pucharu Świata, i Justynę Kowalczyk (4. w PŚ), gdzieś w tle kołacze się cała zgraja polskich skoczków, czego efektem są rekordowe ilości rodaków w drugich seriach zakopiańskich konkursów. Szkoda więc, że w mentalności polskich kibiców nadal ważniejsze są niespełnione nadzieje na ogromne sukcesy w konkurencjach letnich (oraz całorocznych, bo trudno uznać piłkę nożną lub ręczną za sport letni), zgrzytanie zębami na sytuacje w jeszcze niedawno pięknie zapowiadającym się pływaniu i wieczne narzekanie na formę reprezentacji Polski w kopanej. Szkoda też, że wciąż widzimy praktycznie tylko skoki narciarskie, spoglądając tęsknie za wielkimi sukcesami Małysza, skoro pod nosem niemniejsze odnoszą Kowalczyk i Sikora.
Może jednak warto zwrócić uwagę na te niesamowite w sukcesy w odrobinę mniej medialnych sportach, ale przecież nie mniej prestiżowych. Sporty zimowe mają, dzięki świetnie zorganizowanej formule, tę przewagę, że z łatwością możemy ocenić, kto jest w tej chwili najlepszym zawodnikiem na świecie, zresztą Puchar Świata jeszcze bardziej eskponuje sukcesy w pojedynczych zawodach. Wyzbądźmy się wreszcie tego typowo polskiego zgrzytania zębami, że przecież zwycięstwa w tenisowym deblu to nie to samo co singiel, że skoki narciarskie to nie piłka nożna, a biathlon to nie pchnięcie kulą. Bo nawet jeśli faktycznie to nie to samo, takie sukcesy, zwłaszcza że mamy ich jak na lekarstwo, powinniśmy cenić bardziej niż opłakiwać porażki.  PS. A panu Robertowi Korzeniowskiemu nigdy nie wybaczę stwierdzenia, że biathlon nie jest tak ważnym sportem jak skoki narciarskie, "a poza tym zawody odbywają się w tym samym czasie". Tyle że IBU i FIS specjalnie ustawiają terminarze, by poszczególne puchary świata się nie pokrywały.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Żyje król, żyje król, niech żyje król!
Przez kilka ostatnich lat w tenisie wszystko było jasne. Kiedy Roger Federer wygrywał co się dało największą sensacją było, gdy w drodze po kolejny wielkoszlemowy tytuł stracił seta. W 2005 roku pojawił się ten drugi — Rafael Nadal. I nawet wtedy było wszystko jasne. Było jasne w zeszłym sezonie, kiedy 18 października Szwajcar i Hiszpan zamienili się miejscami, że to naturalna zmiana miejsc, a hegemonia — tyle że tym razem dwóch królów — pozostanie. Między czasie, w siłę rósł ten trzeci — Andy Murray. Fenomenalny szkocki tenisista, który stał się nadzieją Wysp Brytyjskich, swój talent pokazując całemu światu w zeszłym sezonie, teraz staje przed wielką szansą, żeby zdetronizować obecne władze.
Murray przez niespełna dwa lata stał się zawodnikiem prawie kompletnym. Z początku brakowało mu siły, brakowało mu odporności psychicznej na wygrywanie w meczu. Ze stresem i presją radził sobie zawsze przyzwoicie, problem stanowiło absolutne rozluźnienie, gdy przyszło mu w pojedynku prowadzić. Mecz oddawał rywalowi i w zasadzie to od niego zależało, czy Murray mecz przegra. To, czego nigdy Andy'emu nie brakowało, to niesamowity talent, pozwalający mu na perfekcyjną grę kątami, ale także, mimo niezbyt wielkiego doświadczenia, niezwykłe cwaniactwo na korcie. Patrząc na Szkota można odnieść wrażenie, że posiada instynkt, podpowiadający mu, które zagranie pozwoli mu zdobyć punkt. Ten instynkt pozwala mu teraz, gdy wykonał tytaniczną pracę w kwestii przygotowania fizycznego i psychicznego, wygrywać mecze z Federerem. Zresztą jest jedynym zawodnikiem, który posiada dodatni bilans meczów ze Szwajcarem, bardzo dodatni: 6-2.
Na początku zeszłego roku choroba Rogera Federera, ujawniona zresztą dość późno, była dobrym wytłumaczeniem dla jego porażki z Novakiem Đokoviciem w półfinale Australian Open. A Federer przegrał w zastraszającym stylu, bez walki, bez chęci i bez forehandu. W swoim kolejnym turnieju, w Dausze, poległ przeciwko Murrayowi w trzech setach. Powrócił na kortach Rolanda Garrosa i Wimbledonu przegrywając oba turnieje z Rafaelem Nadalem po porywających pojedynkach — zwłaszcza epickiej, pięciostowej, wimbledońskiej wojnie.
A potem przyszedł finał US Open, finał w zasadzie bez historii. Jednostronny, trzysetowy mecz, w którym wszystko zostało pozamiatane, a tenisowemu światu został przywrócony porządek. Finał, w którym Roger Federer pokazał Andy'emu Murrayowi jego miejsce. Wtedy. Szkot zagrał tak jak Federer w Melbourne, posyłając mnóstwo pasywnych piłek, lądujących gdzieś w okolicach linii serwisowej, zresztą, 21% procent wygranych piłek po pierwszym serwisie Murraya mówi samo za siebie. I wszystko wydawało się jak dawniej, przestaliśmy wątpić w słabość Federera. Ale Murray odrobił srogą lekcję ze swojego pierwszego wielkoszlemowego finału i w porywającym półfinale Masters w Madrycie pokonał Szwajcara w trzech setach.
To przez Szkota Roger Federer stał się śmiertelnikiem, którego można pokonać. Którego on może pokonać, jeśli tylko żaden z elementów gry go nie zawiedzie. Bo silny, precyzyjny serwis, konsekwentna gra kątami, zawsze zaskakujące zmiany tempa i charakteru gry, wymagają, żeby Federer był dokładny, gdy tej dokładności zaczyna mu brakować. Kilka lat temu Federer z pewnością dzisiejszego Murraya by pokonał, bo wtedy nie było nikogo, kto mógłby przeciwstawić się jego forehandowi. Tyle że Szwajcar się starzeje. Trochę zapomnieliśmy o tym, bo przez pięć lat nic wydawało się nie zmieniać, precyzja nie była potrzebna, gdy grało się przeciwko rywalowi, który bałby się samej grającej rakiety Federera. Ale teraz Murray, rzucając mistrzowi rękawicę, wymógł na nim szybkość, której powoli brakuje, umiejętność oceny, która zaczyna zawodzić i grę na sto procent możliwości przez cały czas. I narazie to Murray wychodzi z tego pojedynku zwycięsko.
Zresztą, z Nadalem też Murray sobie radzi. Jest trochę trudniej, bo Hiszpan stary nie jest i biegać umie, ale Murray pokazał, że także na Nadala znalazł receptę. Ostatni raz grali w półfinale US Open i w czterosetowym pojedynku Szkot wreszczie wygrał. Przegonił Nadala jak się dało, sprawił, że obrona najlepszego tenisisty na świecie nie była tak perfekcyjna, a jego piłki coraz częściej lądowały w siatce. Co ważniejsze, Murray, dzięki niesamowitemu returnowi, był w stanie wykorzystać słaby serwis Nadala, co wielokrotnie okazało się kluczowe. Szkot pokazał więc, że rośnie w siłę i że jest w stanie wygrać z każdym. Z niecierpliwością czekam więc na Australian Open, w którym Murray będzie się chciał odgryźć za zeszłoroczną porażkę z Jo-Wilfriedem Tsongą w pierwszej rundzie, ale przede wszystkim oczekuję niesamowitej walki na Wimbledonie. Bo dla mnie Murray okazał się bohaterem sezonu właśnie w Londynie, w zeszłym roku, w pojedynku z Richardem Gasquetem. Po dwóch przegranych setach nic nie przemawiało za Szkotem, psującym najprostsze piłki, ze swoim ulubionym drop-shotem na czele. Ale kilka niesamowitych wymian, a przede wszystkim wsparcie całej publiczności (inna sprawa, że kwestionowalnej w swoich dobrych manierach) i talent doprowadziły Murraya do wygranej w tym długim i arcyważnym meczu.
W tym roku cały Wimbledon będzie oczekiwać pierwszej od 1939 roku wygranej Brytyjczyka. I jeśli tylko u Murraya nie pojawią się problemy z plecami, taka szansa może się nie powtórzyć. A jeśli Murray pokona Rogera Federera na trawie, na jego ulubionej nawierzchni, zdetronizuje króla kompletnie, a przejęcie korony stanie się tylko kwestią czasu.  PS. Panie Tomku, wymiata pan, byle do Chanty-Mansyjska!
niedziela, 07 grudnia 2008
Rach, ciach, ciach?
Kariery polskich sportowców - zwłaszcza tych zimowych - miały i mają wiele wzlotów i upadków. Tak było z Adamem Małyszem, kiedy prawie porzucił skoki narciarskie, podobnie potoczyła się historia Tomasza Sikory. Tyle że biathlon nie lubi tak bardzo niespodzianek, sensacyjnych zwycięstw zawodników, którzy nigdy wcześniej (i czasem też nigdy później) w dyscyplinie nie zaistnieli. Długi czas wydawało się, że tak właśnie będzie z naszym najlepszym obecnie biathlonistą.
Do dzisiaj największym sukcesem Tomka Sikory jest złoty medal na MŚ w Antereselwie w 1995, chociaż on sam przyznaje, że dużo cenniejszy jest dla niego srebrny medal z Turynu. Złoto zdobył w biegu indywidualnym, jego zdecydowanie wtedy najmocniejszej stronie, dzięki fantastycznemu strzelaniu i porządnemu biegowi. Nad powodami tego sukcesu możnaby zastanawiać się długo. Jeszcze dłużej rozprawiać by jednak, dlaczego przez dziewięć następnych lat Sikora stawał na podium tylko raz na MŚ w Osrblje w 1997, ale w biegu drużynowym, nie mówiąc już o zwycięstwach.
Największy kryzys przyszedł po igrzyskach w Salt Lake City. Kiedy wszyscy zachwycaliśmy się występami Adama Małysza, Sikora w swojej koronnej konkurencji zajął 46 miejsce, w sprincie i biegu pościgowym - kolejno: 31 i 25. To właśnie wtedy chciał rzucić biathlon i razem z bratem pracować w firmie blacharsko-dekarskiej. Mimo ogromnego talentu, oprócz braku upragnionych sukcesów, Sikora miał też pecha do trenerów, którzy nie potrafili z nim współpracować, dostosować metod treningów. W 2002 roku szkoleniowcem reprezentacji został Roman Bondaruk i, choć nasi pozostali biathloniści wciąż nie zachwycają, to właśnie pod jego wodzą Sikora zaczął odnosić największe sukcesy.
Sama pamiętam, gdy w sezonie 2002/2003 zaczął zupełnie niespodziewanie zajmować z pewną regularnością miejsca pod koniec pierwszej dziesiątki. Zdecydowanie poprawił bieg (w optymalnej formie wygrywał nawet z Ole Einarem Bjoerndalenem, uważanym za najszybszego zawodnika), poprawił strzelanie. Długi czas było jednak tak, co zresztą też wydawało się być kilka sezonów temu przypadłością Małysza, że brakowało Sikorze szczęścia. Albo nie mógł trafić z formą biegową i strzelecką w jednym czasie, albo mocniej wiało na strzelnicy, albo miał źle posmarowane narty. Ten sezon Sikora zakończył na miejscu dziewiątym.
Wreszcie, po dziewięciu latach, Sikora znów stanął na podium. W swoim ulubionym biegu indywidualnym na MŚ w Oberhofie zdobył srebrny medal finiszując niespełna minutę za Rafaelem Poiree. Od tego czasu na podium stawał 13 razy. Wszyscy pamiętamy jego wywiad po zdobyciu srebrnego medalu w Turynie, kiedy nie mógł opanować emocji, jednocześnie zapewniając, że sukces jeszcze do niego nie dotarł i że właściwie to nie wie, czy wystartuje w Vancouver. Dziś już wiemy, że wystartuje.
Sezon olimpijski był zdecydowanie najlepszym w całej jego karierze - w klasyfikacji generalnej zajął czwarte miejsce i zdobył małą kryształową kulę za sprint. I to on chyba dodał Sikorze wiary we własne siły, który kilkakrotnie myślał już o zakończeniu kariery także ze względu na wiek. Startuje jednak do dziś i z coraz większymi sukcesami, jeszce szybszym biegiem i celniejszym strzelaniem.
Jestem wręcz pewna, że to starty Tomka Sikory w Vancouver przyniosą nam najwięcej emocji i radości, a złoty medal olimpijski przyćmi tę, trochę jednak przypadkową, wygraną z Anterselwy. 
wtorek, 25 marca 2008
He is legend
Był moim idolem z dzieciństwa. Mimo że koszykówką interesowałam się dorywczo i na zasadzie wyłapywania fragmentów z wiadomości sportowych, pamiętam, jak zachwycały mnie jego wysokopunktowe wyniki, fantastyczne rzuty za trzy i sposób w jaki prowadził swoją drużynę do zwycięstw. Między czasie miał kilka spraw karnych, ale nic nie mogło zburzyć w mojej głowie jego wizerunku jako genialnego zawodnika.
Allen Ezail Iverson przyszedł do Philadelphii w 1996 roku, jako 21-latek i pierwszy pick w drafcie. Dla 76ers grał ponad 10 lat i wydawało się, że mógłby grać tam całą wieczność. W grudniu 2006 roku zmienił jednak klub, przechodząc do Denver Nuggets, bez słowa uzgodnienia z trenerem i przyjacielem, Mauricem Cheeksem. Nikogo nie dziwiły więc lekceważące opinie na temat 76ers, jakie wyrażał A.I., uważany za nieodpowiedzialnego i nieco aroganckiego. "Oni mnie nie obchodzą. Wyrzucili mnie stamtąd, jakbym grał tam jeden dzień" powiedział w styczniu 2008 przed meczem ze swoją byłą drużyną w Denver.
Pamiętam, jak w 2000 roku Luis Figo przeszedł z Barcelony do Realu Madryt. Dla każdego z kibiców Barcy była to niewybaczalna zdrada, dlatego w pierwszym meczu na Camp Nou z Królewskimi Figo został niemiłosiernie wygwizdany. Zastanawia mnie jak wiele są wstanie wybaczyć fani swojemu idolowi, który doprowadził ich ukochaną drużynę do walki o mistrzostwo, a który mówi im, że już go nie obchodzą. Zrozumiałabym, gdyby kibice Iversona wygwizdali go, kiedy tylko pojawi się w Wachovia Center.
Tym bardziej zdziwiła mnie reakcja ponad 20000 kibiców Sixers. 65-sekundowy aplauz, gdy tylko Iverson pojawił się na boisku, swojej wielkości ustępował jedynie temu po meczu numer 7 w finale konferencji wschodniej w 2001 roku, kiedy A.I. wprowadził 76ers do finału play-offs. Tą wrzawą pokazali, że są wstanie mu wybaczyć wszystko. Pokazali, że The Answer jest, największą legendą, która narodziła się w Philadelphii w ostatnich 25 latach. Większość kibiców Sixers nie pamięta ostatniego razu kiedy ich drużyna grała w finale konferencji przed 2001 rokiem, w sezonie 1982/83, zdobywając zresztą potem mistrzostwo. "You [Allen Iverson] made us believe that anything is possible." napisał jeden z kibiców po meczu w Wachovia Center.  Co najważniejsze, sam Iverson chyba wreszcie zrozumiał, ile znaczy dla swoich, bądź co bądź, byłych kibiców. Po wbiegnięciu na parkiet w specjalnych butach z napisem "Thx Phila", ucałował logo Sixers. W wywiadach przedmeczowych przyznał, że popełnił wiele błędów i nie chce być już człowiekiem, którym kiedyś był. Dodał jednak w swoim stylu, że, mimo wszystko, niczego nie żałuje. Legendy bywają opryskliwe i kapryśne. Legendom zdarza się pokazywać, jak bardzo mają wszystkich gdzieś. Legendy rzadko kiedy są przykładami do naśladowania. Albo się je wielbi do końca życia albo wyklina. 20,674 widzów w Wachovia Center pokazało 19 marca, że Allena Iversona będą wielbić niezależnie od tego, jaką legendą był.
środa, 30 stycznia 2008
Gdyby Roger Federer jeździł na wózku i był kobietą, nazywałby się Esther Vergeer.
Szczerze mówiąc nawet to porówanie nie oddaje prawdy choćby w połowie. Bo czy można porównać ją do jakiegokolwiek innego tenisisty, jakiegokolwiek innego sportowca, skoro dziś mija dokładnie pięć lat, odkąd ostatni raz doznała porażki? W ciągu swojej dotychczasowej kariery, która trwa już 13 lat, wygrała więcej turniejów niż Sampras i Federer razem wzięci, a rozgrywek dla tenisistów grających na wózkach jest może kilkanaście w roku.
Żaden inny sportowiec prawdopodobnie nie zdominował swojej dyscypliny tak, jak zrobiła to uśmiechnięta, blondwłosa Holenderka. Wszystkie odniesienia, które w tej chwili przychodzą mi do głowy okazują się być niewystarczające. Bo nawet fenomenalna drużyna brazylijskich siatkarzy, która wydaje się grać na zupełnie innym poziomie, przegrywa swoje mecze. Nawet Ole Einarowi Bjoerndalenowi zdarzy się gorszy dzień, gorsze strzelanie i to jedno pudło, którego już nie zdąży nadrobić biegiem.
Tyle że Bjoerndalen przez znaczną część swojej kariery miał przeciwnika, który potrafił wykorzystać ten "gorszy dzień", z którym potrafił walczyć zacięcie do ostatnich metrów. Pojedynki z Rafaelem Poiree były trochę jak wielkie mecze Samprasa z Agassim, stosując poraz kolejny tenisowe analogie. Czy w takim razie Vergeer nie doczekała się (jeszcze?) rywalki, która mogłaby chociaż próbować z nią wygrać? Patrząc na wyniki tegorocznego Australian Open, można odnieść takie wrażenie, bowiem w czterech meczach Esther oddała 12 gemów, przy czym tylko pięć w pierwszych trzech rundach. Trzeba mieć więc dużo szczęścia, żeby nie trafić na godnego rywala przez tak długi czas.
A tego szczęścia Esther długo nie miała. Jej problemy rozpoczęły się w 1988 roku, kiedy przeszła swoją pierwszą operację, usuwającą płyn lub krew z mózgu. Po blisko dwóch latach, kolejnych problemach zdrowotnych i kolejnych operacjach okazało się, że głównym problemem są żyły oplatające jej rdzeń kręgowy. Po następnej operacji okazało się, że w wyniku komplikacji została sparaliżowana.
W ramach rehabilitacji zaczęła uprawiać siatkówkę, koszykówkę i tenis na wózku. Z holenderską drużyną koszykarską na wózkach zdobyła nawet Mistrzostwo Europy w 1997 roku. Podziwiać można zawzięcie i upór, z jakim nastoletnia wtedy dziewczyna chciała wrócić do normalnego życia. I dzięki temu osiągnęła sukces, którego nikt jeszcze nie odniósł. Aż trudno uwierzyć, że słyszało o niej tak niewielu, a dziennikarze sportowi nadal kłócą się o to, który Michael Jordan był największym sportowcem wszechczasów. Bo dla mnie największym sportowcem była, jest i będzie Esther Vergeer.
Przypominają mi się słowa, które wypowiedział Jo-Wilfried Tsonga przed finałowym meczem tegorocznego Australian Open z Novakiem Djokovicem, zapytany, czy ma szansę w tym pojedynku. Odpowiedział wtedy: "Mam dwie ręce, dwie nogi. Szansę mam."
wtorek, 29 stycznia 2008
Marzenia ściętej głowy
Nazywam się Marta Kubacka i nie jestem dziennikarką "Gazety Wyborczej" ani sport.pl, chociaż całą podstawówkę marzyłam, żeby zostać dziennikarzem sportowym albo komentatorem. Pamiętam, jak skończył się mój świat, kiedy rodzice stwierdzili, że oglądam zbyt dużo Eurosportu i pozbawili mnie możliwości śledzenia moich idoli. Od tego czasu trochę się zmieniło. Umiem formułować (w miarę) składne wypowiedzi i opinie, a większości zdań nie kończę przynajmniej dwoma wykrzyknikami. O sporcie piszę, a raczej pisuję, dla przyjemności. Publikuję, bo może ktoś kiedyś to przeczyta. Publikuję, bo może ktoś kiedyś pozwoli mi spełnić moje marzenia. Tym, którzy tu dotarli (dotrą?), mimo wszystko, życzę miłej lektury.
|